poniedziałek, 12 stycznia 2015

Everything I do...

...I do it for You...

Koniec czerwca, wieczorna godzina, idziemy za rękę mocno je ściskając nawzajem...Każde z nas myśli dokładnie o tym samym, lecz z ust nie pada żadne słowo, tylko cisza...
Otwieram drzwi, serce bije mi coraz szybciej, a w myślach powtarzam sobie ciągle to samo, "będzie dobrze, będzie dobrze" moim oczom ukazuje się mały korytarzyk, przepełniony kobietami, całkiem tu przyjemnie jak na wyrocznie. Czekanie mnie dobija, powoduje coraz większy stres, dłonie mam już całkiem mokre, wizyta umówiona na konkretną godzinę, ale i tak jest ponad godzina opóźnienia. W końcu słyszę swoje nazwisko, "idziesz ze mną ? - nie zaczekam tutaj...". Bardzo sympatyczna Pani dopytuje mnie o szczegóły po czym nastaje moment badania, tych słów nie zapomnę do końca życia..."toż to zaraz zacznie raczkować..." cały strach z poczekalni gdzieś się ulotnił, a jego miejsce zajęło jeszcze większe przerażenie i setki pytań, "co teraz ? ale jak to możliwe ?" Przecież jeszcze miesiąc temu lekarz twierdził że nie jestem w ciąży i przepisał mi kolejny krążek...Medycyna nigdy nie przestanie mnie zadziwiać..."Zawołać partnera ?"
"Ja pier***e...."
"Jeśli ma Pan się tak zachowywać proszę opuścić gabinet, ja nie stwierdzam u Pańskiej partnerki raka tylko ciążę, ma Pan 6 miesięcy żeby się przyzwyczaić"
"O ku**a mać..."

Teraz słychać już tylko bicie serca, maleńkiego serduszka...Po policzku spływa mi łza...Sama nie wiedziałam w tamtej chwili czy radości, czy smutku...
Ubrałam się, dostałam zdjęcie, recepty, i dobrą radę "Proszę się nie smucić, moja córka też tak zareagowała, a teraz nie widzi świata poza synkiem, wszystko będzie dobrze"
Nic nie będzie dobrze, pomyślałam, co z moimi studiami ? Miałam takie plany, Poznań, nowy kierunek, nowe miasto, nowi ludzie, kolejny etap w moim życiu...wszystko to na mnie czekało, a tu jak grom z jasnego nieba taka wiadomość...Co z moją pracą ? Teraz to na pewno mnie nie przyjmą...
Burdel w mej głowie jak w damskiej torebce...
Wracamy do domu..cisza...żadnych słów...jak dwoje obcych ludzi...
Kolacja, kąpiel, sen...wszystko bez słowa, osobno, każdy w swoim kierunku...
Ja myślę o tym jak to teraz będzie, on o aborcji....
Tak mijają nam kolejne 3 dni...
W końcu czas powiedzieć rodzicom..najgorsze dopiero przed nami...
Nie było tak źle jak myśleliśmy że będzie, męska część nawet nieco się ucieszyła, zaskoczenie. Tak to dobre słowo. Mimo zaskoczenia, pomoc naszych rodziców była i jest nieoceniona. To dzięki ich opanowaniu, chłodnego podejścia do sprawy, nasz czarny scenariusz powoli zaczynał nabierać szarej barwy,im bardziej zaawansowana ciąża, tym scenariusz stawał się bielszy...
Dziś to bicie małego serduszka, które przerodziło się w najpiękniejszy uśmiech jaki widzę gdy budzi się rano, sprawia że wiem że ta łza była łzą radości, radości której w tamtym momencie nie byłam świadoma.
Oli jest moim całym światem, największą miłością mojego życia, tego nie da się opisać słowami. 
I choć nie raz mam chwile, kiedy nie daje rady, kiedy myślę sobie," a co by było, gdyby..." to wtedy ten mały szkrab, jak taki wykrywacz moich gorszych dni, tupta do mnie by coś zbroić i mieć przy tym wiele radości, wtedy ja zapominam o moim gdybaniu...i jakoś tak staje mi się troszkę łatwiej i może nieco lżej....

1 komentarz: